sobota, 10 września 2011
To by było tyle

Od roku nic tu nie pisałam, w dużej mierze z braku czasu, ale też i ze zmęczenia tym blogiem oraz bloxem. Ponieważ jednak nadal mam potrzebę od czasu do czasu coś opublikować, zbieram zabawki i zaczynam od początku.

Od teraz można mnie i moje przemyślenia zastać na http://marysiowo.blogspot.com

13:20, tamta_marysia
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 września 2010
Notatki z kina

Choć jak zwykle pracy po uszy, a kuszących a cennych rozrywek jeszcze więcej, postanowiłam (w ramach ulegania jednej z pokus) co nieco tu skrobnąć po dłuższej przerwie. Niedawno wróciłam z mojego Raju, czyli Tamil Nadu (południe Indii). Poza wieloma innymi pożytecznymi aktywnościami oddałam się - jakżeby inaczej! - chodzeniu do kina. Zamieszczam więc krótką notkę o filmach, które upolowałam. Głównie chyba po to, by się ponapawać, że NARESZCIE udało mi się coś obejrzeć, zanim zobaczyli to wszyscy inni (zainteresowani). Filmy podaję w kolejności, w jakiej je widziałam.

Singam

singam

Singam jest już oficjalnie na DVD, więc w sumie wielkiej sensacji tu pewnie nie zrobię. Zresztą i film wielkim odkryciem nie jest, choć nie zawaham się go nazwać świetnym. Jubileuszowa 25. pozycja w karierze Suryi jest w 100% typową komercyjną herosówką. Może i szkoda, może i mógłby zagrać w czymś lepszym, ale zabawa była przednia. Ostatnio mało oglądam takich filmów, więc tym bardziej ciepło go przyjęłam.

Veluttu Kattu

veluttu kattu

Film z całkowicie mi nieznanymi twarzami, na który poszłam, bo był. Aktorka wzbudziła we mnie trochę sympatii, aktor nie za bardzo. Jest to wiejska historia o miłości od dziecka, w której dziewczyna próbuje swojego lubego, nieco zbirowatego chuligana, sprowadzić na dobrą drogę. Akcja wlecze się niemiłosiernie, a gdy pojawia się jakiś zwrot, szybko zostaje zmarnowany. Dużo za to pięknych ujęć, zwłaszcza w pierwszej połowie, i ładnej muzyki. Zakończenie też całkiem niezłe.

Madrasapattinam

madrasapattinam

Mówiąc złośliwie, a krótko - jest to krzyżówka Lagaana z Tytanikiem. Osadzona w ostatnich chwilach brytyjskiego panowania w Indiach historia miłosna między Angielką i Tamilem. Oczywiście ona jest damą z wyższych sfer, a on prostym parobkiem, ale zakochana w tamilskiej kulturze dziewczyna całkowicie ulega jego charyzmie i dziwi się, czemu rodzice nie pochwalają tego związku. Podstawowe wady filmu to nieziemsko plastikowa, do tego władająca koszmarnym tamilskim główna bohaterka i jednak nieco rozlazły wątek romantyczny, który jest zarazem głównym wątkiem. Dużymi plusami są natomiast przepięknie odtworzony Madras lat '40, kilka uroczych kreacji drugoplanowych ze świętej pamięci Cochinem Haneefą na czele oraz bardzo wdzięczny humor. Twórcy postawili w całości na komizm sytuacyjny, a nie obecnośc uznanego komika.

Ravanan

ravanan

Najnowszy film Maniego Ratnama wielu rozczarował. Mnie nie. Swobodna, wcale nie taka sensacyjna na indyjskie warunki interpretacja Ramajany do mnie trafiła całkowicie. Z dużą przyjemnością rozpoznawałam w bohaterach ratnamowe odpowiedniki postaci z klasycznego eposu. Dramatyzm niektórych scen był wprost namacalny. Przede wszystkim jednak tym, dla czego warto film obejrzeć jest cały szereg wspaniałych kreacji aktorskich, z niesamowitym Vikramem na czele. Oj brakowało mi go takiego, 100% rewelacyjnego aktora, brakowało... Do tego genialna Priyamani, zabawny Karthi, zaskakująco "brudny" Prabhu i jeszcze wielu innych. Na dokładkę jeszcze nieprzeciętnie piękne ujęcia, głównie dzikiej dżungli i jeden z lepszych soundtracków Rahmana.

Tillalangadi

tillalangadi

Remake telugowego 'Kicka' z Jeyamem Ravim (co on robi, jak nie remakuje telugów?) i nieco irytującą Tamanną w głównych rolach. Zakrecony, zabawny, często niezrozumiały (wszystkie filmy widziałam przecież saute). Sympatyczne, kolorowe, wręcz landrynkowe teledyski. Mogę z czystym sumieniem polecić jako dobrą zabawę. Choć czy spodoba się osobom znającym oryginał, nie potrafię ocenić.

Bana Kattadi

bana kattadi

Przeraźliwie nudny i pretensjonalny młodzieżowy romans, w którym główne zwroty akcji polegały na tym, że dziewczyna przez pomyłkę o coś posądziła chłopaka. W ten sposób się poznali, tak też ich związek wszedł w fazę kryzysu, po czym dziewczyna pół filmu musiała błagać ukochanego o wybaczenie. Odtwórczyni głównej roli bardzo sympatyczna i ładna, chłopak, debiutujący syn sławy romansów lat minionych - koszmarny. Największym atutem filmu był całkiem ciekawy drugoplanowy wątek przestępczy z Prasanną w głównej roli, niestety niezbyt wyeksploatowany.

Kalavani

kalavani

Kalavani (Złodziej) to jeden z tych cudownie przaśnych obrazów, w lekki, bezpretensjonalny i wierny rzeczywistości sposób portretujący życie na tamilskiej wsi. W rolach głównych wspaniała debiutantka Oviya oraz Vimal, znany głównie z filmu "Pasanga" (kto nie widział, też polecam). Będący zarazem debiutem reżyserskim film stał się w Tamil Nadu jednym z "cichych hitów" i nie ukrywam dumy, że w końcu coś takiego udało mi się wcześnie obejrzeć i osobiście docenić (choć fakt, że na moment mi się w pamięci zatarł). Bardzo polecam - film jednocześnie realistyczny oraz przyjemny i bardzo zabawny.

Vamsam

vamsam

Tę pozycję z kolei uważam za swoje największe filmowe odkrycie tego wyjazdu. Oczarował mnie od razu, byłam na nim dwa razy i jak tylko będzie dostępny na DVD na pewno jeszcze obejrzę nie raz. Także jest to wiejska opowieść stojąca młodymi talentami (reżyser to Pandiraj, który debiutował robiąc film "Pasanga" właśnie, odtwórcy głównej roli to debiutujący wnuk sekretarza stanu Arulnidhi oraz początkująca aktorka Sunaina) lecz jest od większości tego typu obrazów nieco bardziej epicka. Głównym wątkiem są starcia pomiędzy naczelnymi miejscowymi klanami (Vamsam oznacza właśnie Ród), których natury nijak nie udało mi się zrozumieć. Jako początkującego indologa-tamilstę zachwyciła mnie ogromna ilość folkloru ukazana w tym obrazie - począwszy od stanowiącego ważny punkt narracji dorocznego festiwalu świątynnego. Do tego jest to obraz ze wspaniałą warstwą komediową.

Naan Mahan Alla

naan mahan alla

To był mój pierwszy po dłuższej przerwie film z gwiazdą, od razu widać, jak inaczej porozkładane są akcenty w takich produkcjach. Fabuła nie jest zbyt ciekawa, a już na pewno nie jest spójna. Składa się na nią standardowo dominujący pierwszą połowę wątek romantyczny, który potem ginie z kadru właściwie bez konsekwencji i dramat społeczny z gatunku "skrzywdzili mu i mści się". Karthik zagrał rewelacyjnie w kilku scenach komediowych, kilku intensywnych scenach emocjonalnych i dość mocnym finale. Szkoda tylko, że do tego finału twórcy nie przyczepili porządnego filmu. Kajal Agarwal ładni i tyle.

Bale Pandiya!

bale pandiya

Film z założenia miał być chyba zwariowaną komedią. Z początku spełnia te oczekiwania całkiem nieźle, wprowadzając postać głównego bohatera, który urodził się przy układzie planet tak pechowym, że astrolog zmarł spisując jego horoskop. Jedno jego spojrzenie wystarczy, by spowodować katastrofę i - jak zapowiada piosenka tytułowa - jest w stanie złamać zęba na chałwie z Tirunelveli. Potem niestety twórcy tracą parę w ciągnięciu tego motywu i film skręca ku standardowemu kinu akcji. Rozrywka i tak wychodzi z tego niezła, ale i tak miałam poczucie zmarnowanego pomysłu. Dość świeże są piosenki, z których dwie spodobały mi się bardzo już przy pierwszym przesłuchaniu. No i miło było znowu zobaczyć w głównej roli chłopaczka z Vennila Kabadi Kulu - już zaczynałam się zastanawiać, co się z nim stało.

Irandu Mugam

irandu mugam

Ze wszystkich filmów, które widziałam w kinie w Indiach ten zrozumiałam najmniej. Nie tyle z powodu języka, ile fabuły, gdyż obraz ten jest satyrą polityczną - podobno bardzo celną, ale cóż ja mogę o tym powiedzieć. Z tego względu najbardziej się też na seansie męczyłam. Nieciekawy był też wątek miłosny i piosenki w wykonaniu niezbyt świeżego aktora, jakim jest Karan. Całość nieco ożywił dla mnie Sathyaraj. Nie polecam jakoś szczególnie gorąco, choć zamierzam powtórzyć seans z napisami, gdy tylko trafi się okazja - być moze zmieni to mój odbiór.

Boss (A) Baskaran

boss a baskaran

Mój pożegnalny seans, choć nie wiązałam z nim wielkich nadziei okazał się zaskakująco udany. Jest to komedia romantyczna, gdzie główne role grają niezbyt przeze mnie lubiany Arya i szczerze znienawidzona Nayantara, zaś w drugoplanowej roli komediowej występuje Sandanam, który podczas tych wakacji szybko awansował na jednego z moich ulubieńców. Film jest sympatyczny i zabawny i dostarcza dobrej rozrywki.

czwartek, 11 lutego 2010
Podsumowanie roku #6

Zanim opuszczę Tamil Nadu, by spowiadać się dalej, chciałam jeszcze zrobić nieco inne wyliczenie. Prawie dokładnie rok temu przytaczałam listę najbardziej oczekiwanych filmów 2009 opublikowaną przez portal behindwoods. Teraz jest chyba idealny moment, by spojrzeć na nią ponownie i podziwiać, jak potoczyły się losy wymienionych tytułów.

Ze wspomnienej listy 20 najbardziej oczekiwanych filmów 2009 pięć tytułów znalazło się na liście 20 największych hitów 2009 – Ayan na miejscu 1., Unnaipol Oruvan na 2., Peranmai na 6., Vettaikaran na 9. i Kandasamy na 13.

Czyli 5 na 20 rzeczywiście odniosło sukces, co nie jest tak złym wynikiem, gdy weźmiemy pod uwagę, że zaledwie 9 z owych 20 rzeczywiście trafiło w 2009 roku do kin. Inna sprawa, że to, że z 20 najbardziej oczekiwanych filmów tylko 9 na ekranach zagościło, jest delikatnie mówiąc mało pokrzepiające.

Pozostałe cztery filmy, które nie poradziły sobie tak dobrze to Sarvam, Thoranai, Pokkisham i Yogi.

Kolejne cztery nie wyrobiły się wprawdzie przed Nowym Rokiem, ale już do kin wejść zdążyły. Są to Aaiythil Oruvan, Asal, Goa i Jaggubhai. Chyba żaden z nich wielkim hitem nie będzie, choć jeszcze za wcześnie, by powiedzieć cokolwiek konkretnego.

Dalsze cztery filmy są ukończone, lub do finiszu się zbliżają – Payya, Ravana, Sultan The Warrior i Nandhalala. Co wcale nie znaczy, że wiadomo kiedy je zobaczymy. Payya powinien w kinach pojawić się na dniach. Ravana opóźnia się i może opóźnić jeszcze bardziej, ale o jego egzystencję martwić się raczej nie ma powodu. Sultan wprawdzie w produkcji jest już trzeci rok i za dużo wieści o nim się nie pojawia, ale też jeszcze nie przekroczył jakoś specjalnie terminu. Za to wyjątkowo frustrujące jest to, co dzieje się z ostatnim tytułem – Nandhalalą.

Film Mysskina już w momencie tworzenia listy – rok temu – był ukończony i gotowy do wpuszczenia na ekrany kin, jednak z niewiadomych przyczyn ciągle na nie nie trafił. Światełkiem w tunelu jest fakt, że film wyświetlono podczas festiwalu filmów tamilskich w Norwegii, który odbył się kilka dni temu, ale nadal nic nie wiadomo o premierze indyjskiej.

I na sam koniec zostały trzy pozycje, które w ogóle nie ruszyły i możliwe, że nigdy nie ruszą – Kettavan, Idhu Maalai Nerathu Mayakkam i Chennaiyil Oru Mazhaikalam.

wtorek, 09 lutego 2010
Podsumowanie roku #5

Dziś, na zakończenie raportu z moich rocznych osiągnięć w dziedzinie najbliższej memu sercu, prezentuję filmy najświeższe, czyli na ile udało mi się być na bieżąco. Ilość może nie jest sama w sobie zawrotna, ale dla mnie rok ten był wielkim krokiem naprzód. Bowiem w końcu zaczęłam oglądać po prostu nowe filmy tamilskie, nie zwracając zupełnie uwagi na związane z nimi imiona, ani aktorów, ani nawet reżyserów. Co siłą rzeczy wyprowadziło mnie poza znane dotąd nurty. A że owe podróże w większości były bardzo udane, moja wiara w kino tamilskie jeszcze wzrosła i tym radośniej zapuszczam się jeszcze głębiej.

Vellitirai (2008) – kolejny po „Mozhi” film wyprodukowany przez Prakasha Raja, w którym zagrał on sam oraz keralski gwiazdora Prithviraj. Z pewnością nie tak dobry jak ów pierwszy projekt, ale w sumie warto obejrzeć. Główną atrakcją jest możliwość spojrzenia na kollywood od kuchni, gdyż fabuła w całości dotyczy przemysłu filmowego. Główni bohaterowie to młody i bardzo zdolny asystent reżysera, który właśnie skończył pisać swój pierwszy, świeży i odkrywczy scenariusz oraz nie tak już młody i niezbyt zdolny, za to mocno zdesperowany aktor, który od lat marzy o zostaniu wielką gwiazdą. Ten wątek i jego rozwiązanie naprawdę mnie zainteresowały. Niestety w odbiorze przeszkadzało to, że pewnych partii zupełnie nie zrozumiałam, w szczególności tego, jak zachowywali się względem siebie główny bohater i jego ukochana.

Anjathey (2008) – ten obraz już dość zamaszyście opisałam, ale nie odmówię sobie jeszcze kilku pochwał. Największe ukłony za nowe dla mnie ukazanie takich standardowych elementów jak postać policjanta, policja w ogóle, przestępczość, a przede wszystkim wpływ przypadków i zewnętrznych okoliczności na los człowieka. Zdecydowanie dołącza do sznureczka perełek.

Dasavatharam (2008) – wielka superprodukcja Kamala Hassana, ostatecznie okazała się nie wartym większej uwagi kuriozum. Niezbyt zajmujące, słabe technicznie, z 10 ról naprawdę dobra chyba jedna (Balram Naidu). Recenzja była.

Subramaniapuram (2008) – niskobudżetowa opowieść z tamilskiej prowincji lat ’80, która w niektórych rankingach podawana jest jako największy sukces komercyjny roku, większy niż Dasavatharam. Niby żadna wielka opowieść, głównie lokalne przepychanki i wątek miłosny, ale ma w sobie to coś. Właściwie ma w sobie tego czegoś bardzo, bardzo dużo. Podobnie jak Pattiyal prezentuje realistyczną, momentami wręcz naturalistyczną, niewystylizowaną codzienność i choć opowiada o rzeczach poważnych, nie stroni od lekkich i pogodnych klimatów, jednocześnie nie mydląc widzowi oczu szczęśliwymi zwrotami akcji, których jest niewiele. Głównymi bohaterami jest grupka młodych chłopaków, którzy z braku lepszego zajęcia spędzają czas na piciu i bijatykach. Większych problemów z policją pomaga im uniknąć miejscowy polityk, tylko po to, by cynicznie wykorzystać ich poczucie lojalności, gdy będą mu potrzebni, po czym porzucić ich na pastwę losu. Każde kolejne wydarzenie tylko wciąga bohaterów głębiej w krąg przemocy. Perełka bez dwóch zdań!

Saroja (2008) – kolejny kwiatuszek do bukieciku „do polecenia każdemu”, choć tym razem zdecydowanie bardziej rozrywkowy i bez analizowania niesprawiedliwości świata. Na początku nie za bardzo mi się podobał, głównie przez „zapożyczenia” z filmów bollywoodzkich – scena nieudanego wyznania miłosnego żywcem wzięta z „Gdyby jutra nie było” (nawet nieszczęsne czerwone róże dokładnie takie same), teledysk o przyjaźni dziwnie podobny do tego z „Dil Chahta Hai”… Dość szybko jednak film okazał się zabawną i dynamiczną opowieścią z cyklu „bohater przez przypadek”, którą rewelacyjnie się ogląda. Grupka przyjaciół wybiera się wspólnie obejrzeć ważny mecz. Po drodze gubią się, dzięki wspaniałemu skrótowi jednego z nich i już po zmierzchu trafiają na teren opuszczonego kompleksu magazynowo-fabrycznego, w którym grupa porywaczy przetrzymuje córkę bogatego biznesmana. Oczywiście przyjaciołom uda się dziewczynie pomóc, zrobią to jednak w bardzo nieherosowym stylu, co chwila panikując, kłócąc się między sobą co dalej, bezmyślnie kręcąc się w kółko i pakując w dalsze kłopoty. To, że bohaterowie nie zachowywali zimnej krwi i nie obmyślali na kolanie super-racjonalnego i efektywnego planu działania uwzględniającego wszystkie możliwości było dla mnie naprawdę bardzo miłą odmianą – piszę to nie tylko z myślą o kinie indyjskim, ale o kinie akcji w ogóle, gdzie każdy szary człowiek jakoś dziwnie bez trudności odnajduje się w najbardziej ekstremalnej sytuacji.

Naan Kadavul (2009) – czwarty film w karierze Bali, niestety nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Po trzech arcydziełach wypada blado i nie robi takiego wrażenia jak poprzednie, choć jednocześnie jest bardziej radykalny i drastyczny niż tamte. Być może to prawie trzy lata ciągłych opóźnień i utrudnień sprawiły, że obraz nie tworzy zwartej całości i zabrakło mu wyrazistości – trudno dziś ocenić. Jak dla mnie reżyser bardzo niefortunnie zawisł pomiędzy realizacją schematu, który przyniósł sukces jego dotychczasowym filmom, a próbą zrobienia czegoś innego. Główny bohater grany przez Aryę jest logicznym przedłużeniem bohaterów wcześniejszych obrazów. Jednak reżyser posunął się w jego charakterystyce za daleko, pozbawiając go tym samym dramatyzmu. Do tego w zmienionym schemacie narracyjnym tego typu bohater nie miał nic do roboty, przez to jednak, że Bala pozostawił go na pierwszym planie, rozbita została struktura całości. Napisałam tu bardzo dużo ogólników, gdyż chciałam wspomnieć o wszystkim nie przedłużając. Mam wielką ambicję kiedyś poważniej podejść do twórczości Bali, na razie bądźcie cierpliwi.

Kandasaamy (2009) – mój długo wyczekiwany Vikramowy cukierek… troszeczkę mnie rozczarował jako wielbicielkę kina, ale bardzo uszczęśliwił jako zawsze wierną wielbicielkę Nadczłowieka. Dla niemerytorycznych zachwytów jest to chyba najlepsze dzieło w karierze aktora, gdyż w sumie wszystko stanowi tu tylko wielce kunsztowną ramkę, w którą oprawiony jest Vikram, piękny jak obrazek i starannie (naprawdę!) zrobiony na bóstwo. Na szczególną uwagę zasługuje też strona techniczna filmu, gdyż nie tylko wygląd tytułowego Kandy, ale każde ujęcie jest starannie dopieszczone i – zgodnie z obietnicami twórców – niezwykle „cool”. Także muzyka ilustracyjna jest naprawdę świetna, nawet nie wiem, czy nie lepsza od samych piosenek. Scenariusz też nie jest zły, a przynajmniej jego główny trzon – do spółki z warstwą wizualną na tyle innowacyjnie traktuje stare motywy, że nie ma się poczucia spożywania odgrzewanych kotletów. Niestety mocne braki wykazuje dzieło na jakże ważnym polu czarnych charakterów. Postaci przeszkadzających naszemu herosowi było tyle, że po drugiej stronie barykady doszło do zbyt wielkiego rozdrobnienia, przez co filmowi zabrakło jednego z naczelnych atutów wzorowego rozrywkowa – godnego przeciwnika dla wyrazistego herosa. Może nawet nie przeszkadzałaby tak ilość, gdyby bardziej zsynchronizować ze sobą dotyczące poszczególnych niegodziwców wątki, a nie dawać ich jednego po drugim, co sprawia, że film wydaje się niepotrzebnie wydłużony (nawet, gdy każdy wątek z osobna się podoba) i mało spójny.

czwartek, 04 lutego 2010
Podsumowanie roku #4

Zaczęły się w końcu upragnione ferie, więc dziarsko biorę się do pracy. Przede wszystkim więc lecimy dalej z podsumowaniem minionego roku. Bieżącą dekadę rozbijam na dwie notki, bo jednak tego się uzbierało najwięcej.

Kandukondain Kandukondain/Rozważne i romantyczne (2000) – kolejna pozycja dodana u nas do gazetki i zdecydowanie bardziej się do tego nadająca. Klasyka Jane Austen przeniesiona we współczesne (tzn. względnie, bo sprzed 10 lat) południowoindyjskie realia. W sumie film dość nierówny. Ciekawą i udaną innowacją było dla mnie dodanie do wątku „rozważnej” motywu rzekomo ciążącego na niej fatum. Sympatycznym wtrętem było też zrobienie z jej ukochanego początkującego reżysera, co pozwoliło wprowadzić kilka smaczków filmowych. Ogólnie jednak historia ich miłości była taka sobie, choć z założenia zapewne miała być bardziej „ognista” niż dzieje „romantycznej”. Te drugie z kolei mocno sknocił pierwszy ukochany dziewczyny, który i w zamyśle był bardziej pozbawiony charakteru niż cyniczny (co miało miejsce w oryginale), i zagrany był smętnie przez koszmarnie mydłkowatego Abbasa (choć przemawiającego głosem Vikrama). Ale już relacje odrzuconej dziewczyny z dużo starszym byłym wojskowym stanowiły chyba najmocniejszą część tego obrazu. Ot tyle. Nawet przyjemne i warto było zobaczyć, skoro samo przyszło pod nos, ale bez większych uniesień.

Citizen (2001) – film ze świetnym i bardzo ciekawie poprowadzonym wątkiem sensacyjno-detektywistycznym (z braku lepszej nazwy), niestety hojnie też okraszony innymi elementami, które uczyniły go – zwłaszcza w części początkowej – ledwo możliwym do oglądania. Ponieważ od zeszłej zimy nie zmieniłam o nim za bardzo zdania, kto chce poczytać więcej, niech cofnie się do pełnej recenzji.

Maaran (2002) – stereotypowa do bólu społecznikowsko-sensacyjna kaszana, której jedyną zaletą (i na szczęście głównym powodem, dla którego po ten film sięgnęłam) była możliwość obejrzenia Sathyaraja w głównej roli. Też już raz zrecenzowane, więc dalej nie ma się co rozwodzić…

Veyil (2006) - …zwłaszcza, że do opisania są jeszcze prawdziwe perełki. Veyil jest pierwszą z ich całkiem długiego sznureczka. Ojciec głównych bohaterów bardzo chlubi się tym, że swoje dzieci posłał do szkoły, zamiast kazać im pracować. Dzieci jednak, jak to dzieci, nieszczególnie się jego dobrodziejstwem przejmują i wolą latać po krzakach, tarzać się w piachu i palić papierosy w kinie. Gdy starszy z nich zostaje przyłapany na wagarach, ojciec wymierza mu karę tak okrutną, że rozgoryczony chłopak kradnie całe oszczędności rodziny i ucieka w nocy z domu. Epizod ten bezpowrotnie niszczy jego życie – choć nie brakuje w nim pogodnych epizodów, „drugich szans” oraz okazji, by naprawić stare błędy, coś raz na zawsze przestało się kleić. Niewiele z obejrzanych w zeszłym roku filmów poruszyło mnie tak bardzo, choć oczywiście trudno takie rzeczy porównywać. Wiele scen emocjonalnych po prostu miażdży i myślę, że długo zostaną mi w pamięci. Tak jak wspaniała gra Pasupatiego, a w niektórych scenach także jego powalający image.

Pattiyal (2006) – kolejna perełka, opowiadająca o losach dwóch płatnych morderców. Chyba główną zaletą filmu jest to, że opowiadając o przestępcach nie robi z nich ani wielkich bohaterów, ani niezwykle charyzmatycznych i stylowych osobowości, ani jakichś wielce tragicznych postaci, choć dramatyzmu z pewnością nie można filmowi odmówić. Nie ma też tam żadnych wielkich spisków. Wszystko jest niepokojąco zwykłe i powszednie, włącznie z bohaterami, dla których ich sposób zarabiania na życie różni się od klepania garnków, czy innych prozaicznych, wcale nie rewelacyjnie płatnych czynności tylko tym, że sami sobie określają godziny pracy. Do tego wszystkie postaci są tu bardzo dobrze zagrane, choć najbardziej zapada w pamięć oczywiście Bharath, jako głuchoniemy chłopak niewinnie pozbawiający innych życia.

Vel (2007) – tego dzieła może bym do mojego „sznurka pereł” nie zaliczyła, ale narzekać też nie ma na co. Jak już kiedyś pisałam, jest to poprawnie wykonane dzieło komercyjne, ze wszystkimi stałymi elementami. Może nie wybija się z tłumu i nie zostaje w pamięci, ale przyjemnie się ogląda, gdy najdzie człowieka ochota na „powrót do korzeni” (bo chyba większość z nas zaczynała przygodę z kinem południowoindyjskim od herosówek).

Paruttiveeran (2007) – niby banał, większość czasu ekranowego dziewczyna z zamożnej rodziny wychodzi z siebie, by nieokrzesany „rowdy” odwzajemnił jej uczucia… a o filmie powiedzieć można wszystko, tylko nie to, że jest banalny! Debiutujący w roli tytułowej Karthi Sivakumar zebrał niezliczone pochwały i natychmiast znalazł się w aktorskiej czołówce. Zasłużenie. Jednocześnie jednak mało kto ma wątpliwości, że głównym atutem obrazu była silna rola Priyamani, za którą zresztą zdobyła National Award dla najlepszej aktorki indyjskiej. Aż trudno uwierzyć, że to ta sama aktorka, która zagrała głupiutką rolę Mahi w telugowej Yamadondze… Film bardzo wszystkim polecam (choć pewnie jak zwykle byłam ostatnia), aczkolwiek uprzedzam, że po zakończonym seansie można skończyć kołysząc się w kącie i marząc, żeby ktoś przytulił.

sobota, 09 stycznia 2010
Podsumowanie roku #3

Pod osłoną weekendu, zanim sesja ostatecznie mnie sparaliżuje, szybciutko kontynuuję – znowu krótsza notka, bo czas na dwie dekady, z których mocno się w tym roku zapuściłam, czyli lata ’80 i ’90. Na szczęścia nawet przy tak małej ilości udało mi się zachować równowagę między filmami dobrymi i… hmm… średnimi ;)

Mudal mariyadai

Mudal Mariyadai (1985) – nie tylko najlepszy film z tej listy, ale prawdopodobnie jedno z moich największych odkryć tego roku. I spotkanie z kolejnym bardzo ważnym twórcą – Bharathirają. Właściwie całą objętość tego dzieła stanowi opis relacji między dojrzałym i osobiście nieszczęśliwym mężczyzną, a młodziutką i wyjątkowo mądrą dziewczyną. Owa łatwa do strywializowania kwestia pokazana tu została w sposób niezwykle wrażliwy, piękny, naturalny i wymykający się definicjom.

Manithan

Manithan (1987) – już zrecenzowany porywający film akcji z Rajinim :P Z perspektywy czasu zdecydowanie łaskawiej na niego patrzę, ale nadal ustawiłabym go gdzieś na środkowej półce – zły nie jest, ale rewelacyjny też nie.

Annamalai

Annamalai (1992) – właściwie jak wyżej. A może jeszcze niższa półka. Rajini i Sarath Babu jako serdeczni przyjaciele, którzy pokłócili się o coś (już dawno zapomniałam o co) i tak oto stracili radość życia na wiele lat. Remake bollywoodzkiego filmu z Rakeshem Rosharem. Jedyne, co naprawdę dobrze zapamiętałam, to naprawdę głupawe zaloty Rajinikantha i młodej Khushboo.

Bombay

Bombay (1995) – na koniec listy na szczęście wracamy jeszcze raz do kina dobrego, a nawet bardzo dobrego. Owo dzieło chyba najlepiej znanego tamilskiego reżysera, Maniego Rathnama, wyszło u nas po cichutku jako dodatek do jakiejś mało ambitnej gazetki. I nawet nazwanie filmu bollywoodzkim nie boli mnie tak bardzo, jak zakwalifikowanie go do grona banalnych historii zakazanej miłości – bo tak można wywnioskować z opisu na okładce. Miłość muzułmanki i hindusa rzeczywiście jest tu obecna, a nawet dominuje pierwszą część filmu. Jednak głównym tematem jest tu bardzo ważne wydarzenie z najnowszej historii Indii, czyli konflikt w Ajodhji, a zwłaszcza fala wzajemnych prześladowań muzułmańsko-hinduskich, które miały miejsce bezpośrednio potem. Samo zakończenie może nie do końca udane, ale przed nim kilka scen naprawdę genialnych!

wtorek, 05 stycznia 2010
Przelotu ciąg dalszy...

Na chwilę przerywam rozliczanie, gdyż pojawił się trailer ślicznego filmu, z którego fotki zamieszczałam jakiś czas temu...

"Irumbu Kottai Murattu Singam" - premiera w Pongal, jak się nie będą ociągać z DVD... Tao, rezerwuj wieczór! :D

niedziela, 03 stycznia 2010
Podsumowanie roku #2

Po latach 60’ czas na 70’. Tu nieco skromniej, bo tylko 4 filmy. Dwa czarno-białe i dwa kolorowe. Dwa z Sivajim Ganesanem, dwa z Kamalem Hassanem (choć w jednym tylko w roli drugoplanowej).

gnana oli

Gnana Oli (1972) – zalicza się do tych czarnobiałych i tych z Sivajim. I raczej średnich. Dość niezgrabnie moim zdaniem poprowadzono akcję przez długi okres od zalotów głównego bohatera, aż po emocjonujący w założeniu ślub jego wnuczki. Zresztą sam bohater był nieco karykaturalny i przywodził na myśl Prana w co bardziej tendencyjnych wcieleniach. Fajnie, że obejrzałam, ale innych do tego za bardzo nie namawiam.

Bharatha Vilas

Bharata Vilas (1973) – znów Sivaji, za to w kolorze. Jak z filmem opisanym wyżej – cieszę się, że zaliczyłam, ale jakoś szczególnie nie polecam. Pisałam w recenzji (jakoś w lecie), że i ten film rozbity jest na wiele „etapów z życia bohatera” od zalotów, aż po dorosłość dzieci. Przy czym podkreślam, że chodzi tu o epizody jednakowo rozwinięte, przez co film jako całość pozbawiony jest środka ciężkości. Ponieważ mam na koncie już dwa takie filmy, obawiam się, że mógł to być cały nurt.

Arangetram

Arangetram (1973) – dla odmiany prawdziwa perełka, którą wyreżyserował słynny K. Balachander, jeden z ważniejszych twórców tamilskich. Główna bohaterka, Lalitha, najstarsza z dziewiątki dzieci w ortodoksyjnej bramińskiej rodzinie, początkowo radzi sobie z rozpaczliwym ubóstwem panującym w domu obracając wszystko w żart, przez co ma opinię osoby niepoważnej, a nawet lekko niespełna rozumu. Pewnej nocy jednak zdaje sobie sprawę, że jej rodzice nie są dość dojrzali i odpowiedzialni, by utrzymać rodzinę, a nawet siebie samych i bierze cały ten ciężar na siebie. Pomimo pełnych oburzenia protestów ojca, znajduje pracę, dzięki czemu po raz pierwszy możliwe jest pełne zaspokojenie wszystkich podstawowych potrzeb rodziny. Niestety poza podstawowymi, jej rodzeństwo ma też inne potrzeby – jeden z jej braci chce być lekarzem, inny wstąpić do wojska, jedna siostra marzy karierze śpiewaczki, inna po prostu o zamożnym małżonku… Zdeterminowana, by spełnić wszystkie te marzenia (przez rodziców nigdy nie traktowane poważnie), a także dzięki nieszczęśliwemu zbiegowi okoliczności, Lalitha sięga po dość drastyczne środki, by zdobyć większą sumę pieniędzy. Piękna i odważna opowieść z mocnym finałem. Pozycja obowiązkowa dla fanów dobrego społecznego kina!

kalyanaraman

Kalyanaraman (1979) – pozycja dość znana, w końcu dodana i do mojego zbioru. Film z nutką sensacji, dużą dawką dość specyficznego humoru i rozbrajającą oldskulową estetyką. Nieco opóźniony w rozwoju, poczciwy syn bogacza zostaje uśmiercony przez gang podłych pracowników czyhających na jego majątek i jako duch – nie mniej opóźniony – prosi swojego brata bliźniaka, by wymierzył sprawiedliwość. Dla mnie film był przede wszystkim wielkim olśnieniem w kwestii fenomenu Manoramy, która wcieliła się w teatralną aktorkę wykorzystywaną przez złoczyńców do realizacji swojego planu.

piątek, 01 stycznia 2010
Podsumowanie roku #1

Minął nam kolejny rok. Hip hip hura! W związku z tym, żyjąc w zgodzie z tradycją, przystępuję do publicznej spowiedzi - rozliczenia swoich osiągnięć, refleksji i planów. Oczywiście tylko filmowych, bo reszta to nie Wasza sprawa.

Zaczynamy od rzeczy najważniejszych, czyli kina tamilskiego. Ilościowo może nie ma tego jakoś powalająco dużo, ale z miłości, jaką darzę tę kinematografię, będzie dość szczegółowo i poświęcę jej kilka notek, według klucza chronologicznego. Dziś najstarsze znane mi obrazy, czyli z przełomu lat ‘50 i ‘60.

Filmów takich widziałam w tym roku (i w ogóle) sześć, z czego pięć jest dziełem tego samego reżysera, zacznę więc od nich, a raczej od niego.

A. Bhimsingh pochodził z Andhry Pradeś, jednak zadebiutował i tworzył w Kollywood. Był typowym twórcą komercyjnym – w swoich filmach polegał na gwiazdorskiej obsadzie, piosenkach i trafiających w powszechne sentymenty scenariuszach, nigdy nie pokazując niczego, co byłoby sprzeczne z powszechnymi przekonaniami. Głównym motywem jego filmów były relacje rodzinne, niejednokrotnie bardzo skomplikowane.

Uroczo populistycznie chwalił równość społeczną i potępiał wszelkie podziały. Głównym złem w jego filmach są uprzedzenia, przez które szlachetni do szpiku kości ludzie zostają źle ocenieni z powodu jakichś powierzchownych, drugorzędnych kryteriów jak przynależność kastowa, status majątkowy, czy… brak wykształcenia. Prawie zawsze niewykształcony kaleka okaże się dużo więcej wart niż jego brat z dyplomem, a służąca bez rodziny znacznie lepszą kobietą niż zamożna dziewczyna z tzw. „dobrego domu”. Często też przewija się motyw sztucznego pokrewieństwa (przybranych dzieci, rodzeństwa itp.), które może stać się równoważne faktycznym więzom krwi.

W kwestii kobiecej hołduje pan Bhimsingh specyficznemu równouprawnieniu. Z jednej strony wyraźnie podkreśla, że potomstwo żeńskie jest tyle samo warte, co męskie i skłania się ku równemu dostępowi kobiet do wykształcenia. Kto myśli inaczej, ląduje w jednej zagrodzie dla uprzedzonych ze zwolennikami czystości kastowej. Jednocześnie jednak świętym tabu pozostaje model doskonałej żony – cichej strażniczki domowego ogniska. W wyjątkowych okolicznościach kobieta może przeciwstawić się bratu czy ojcu, ale nigdy mężowi, kim by nie był.

Ponieważ pięć filmów to już całkiem rzetelna próbka, pozwolę sobie dodać jeszcze od siebie, że jego dzieła mają w sobie naprawdę dużo niewymuszonego wdzięku i uroku i może nie trzymają człowieka w napięciu bite trzy godziny, ale nie da im się odmówić umiejętnie nabudowanego dramatyzmu.

W 2009 zaliczyłam:

bhaga pirivinai

Baaga Pirivinai (1959) – historia rozłamu w łonie poczciwej tradycyjnej rodziny, będącego skutkiem złego charakteru małżonki pana domu. Tak w telegraficznym skrócie, bo pełna recenzja już była. Film uczy nas rzeczy dyżurnych, czyli że największą cnotą kobiety jest posłuszeństwo mężowi oraz że aby ocenić człowieka należy przyjrzeć się jego charakterowi, a nie kierować „społecznymi” kryteriami.

Paava Manippu

Paava Manippu (1961) – niecny bogacz zrzuca na swojego niewinnego kierowcę odpowiedzialność za popełnione morderstwo. Rodzina biedaka natychmiast sypie się i ginie mu z oczu. W akcie rozpaczy mści się on na swoim pracodawcy porywając jego dziecko. Pogubione potomstwo nieświadome swej tożsamości wychowuje się w domu hinduskim, muzułmańskim i chrześcijańskim… No i powiedzcie sami, czy można nie zastanawiać się nad tym, nad czym ja się teraz usilnie zastanawiam? Żeby było czarno na białym – jak ten film powiązany jest z młodszym o 16 lat bollywoodzkim hiciorem „Amar Akbar Anthony”? Bo w zbieg okoliczności nie uwierzę! Choć warto zaznaczyć, że różnice też są duże. Byłby to materiał na ciekawą notkę, gdybym znalazła trochę czasu…

Padittaal mattum poodumaa

Padittal Mattum Podumaa (1962) – Swat znajduje idealne kandydatki na żony dla dwójki braci – zamożną i wykształconą dla starszego, wzorowego studenta i wychowane tradycyjnie, pokorne wiejskie dziewczę dla młodszego, ledwie piśmiennego i nieco nieokrzesanego chłopaka o złotym sercu. Bohaterowie postanawiają, że każdy z nich spotka się z narzeczoną drugiego, by ją ocenić i omówić szczegóły małżeństwa. Sytuacja niestety się komplikuje, gdy starszy z braci, oczarowany narzeczoną młodszego, nic nikomu nie mówiąc, podstępem doprowadza do zmiany planów. Jego życie z łagodną i wprawdzie niewykształconą, lecz bystrą i inteligentną Sitą układa się różowo, tymczasem druga z dziewcząt, odkrywając, że została małżonką „prostaka” czuje się oszukana i upokorzona, wyrzuca biedaka z sypialni w noc poślubną i wraca do domu rodziców. I tak odpowiedź na zadane w tytule pytanie („Czy samo wykształcenie wystarczy?”) brzmi „oczywiście, że nie”. No bo przecież najważniejszy jest charakter…

paar magale paar

Paar Magale Paar (1963) – gdy małżonka bogatego przedsiębiorcy rodzi ich pierwsze dziecko, w szpitalu dochodzi do wypadku, w efekcie którego nikt nie potrafi wskazać, która z dwójki dziewczynek jest jej córeczką, a która dzieckiem porzuconym w szpitalu przez niezamężną tancerkę. Zdając sobie sprawę, że jej mąż może w takiej sytuacji odrzucić własne dziecko tylko po to, by nie pozwolić, żeby najlżejsza wątpliwość skalała prestiż jego rodziny, przestraszona kobieta idzie za radą przyjaciela i ukrywa całe zajście udając, że obie dziewczynki są jej dziećmi. Gdy wiele lat później prawda wychodzi na jaw, okazuje się, że nieszczęsna matka nie pomyliła się w ocenie swojego małżonka. Ogromnymi plusami są tu postaci głównego bohatera, który jest jednocześnie głównym czarnym charakterem, bo to jego uprzedzenia i upór doprowadzają do tragedii, oraz jego dwóch charakternych córek.

Pachchai Vilakku

Pachchai Vilakku (1964) – dość trudno tu wskazać spójny główny wątek, i może przez to film najmniej mi się podobał ze wszystkich powyższych. Główny bohater poświęca się w całości wykształceniu swojej przybranej siostry, niejednokrotnie przeciwstawiając się reszcie rodziny. W pewnym momencie jednak okoliczności (z naszego punktu widzenia naprawdę idiotyczne!) zmuszają go do wydania dziewczyny za mąż i to w dodatku z braku innej opcji, za zupełnie niewykształconego krewnego trudniącego się rolnictwem (dziewczyna studiowała medycynę). Powraca więc problem małżonki znacznie lepiej wykształconej niż jej mąż, zdradzę jednak, że tu sprawa rozwiązana została w sposób bardziej satysfakcjonujący z punktu widzenia naszej etyki, ale za to bardziej landrynkowy. Zresztą to samo można by powiedzieć o innych elementach, film ten jest znacznie bardziej czarno-biały niż pozostałe, do tragedii doprowadzają zewnętrzne okoliczności lub niereformowalni niegodziwcy, za to głównym bohaterom praktycznie brak jakichkolwiek słabości charakteru.

Bale Pandiyaa

I na koniec ów szósty film, który już ze stajni A. Bhimsingh nie wyszedł, czyli uroczy „Bale Pandiyaa!” z 1962. Też miał własną notkę, więc rozpisywać się nie ma co. Przypomnę tylko, że była to zwariowana komedia pomyłek i zawiłych knowań, z rodzaju takich, których pragnę poznać więcej!

P.S. Dla Marioli - kiedyś rozmawiałyśmy o telugowym aktorze w filmie Sivajiego, na okładce był SSR, poprawiłaś mnie, że pewnie powinien być SVR. Ostatecznie okazało się, że byli obaj :P Z tym że SSR, czyli S.S.Rajendran to chyba jednak raczej był tamilskim aktorem. Bardzo sympatycznym zresztą ;)

P.S.2 Zrobiłam literówkę w tytule - powinno być nie "Padittal mattum pottumaa",a "Padittal mattum podumaa". Straszny wstyd, bo to słowo powinnam kojarzyć najlepiej...

sobota, 26 grudnia 2009
Reaktywacja VVV

Już ładnych parę miesięcy temu machnęłam ręką na Vikramową stronę, wychodząc z założenia, że już wolę śmiecić na blogu kiedy i jak mi przyjdzie fantazja i nie czuć aż tak wielkiej presji, że ma być ładnie i schludnie.

No ale jak tu presji nie poczuć, kiedy nadciągają wieści ze świata, że w książce "Nie tylko bollywood" strona została wyliczona jako jedno ze źródeł? Głupio tak pojawić się w literaturze i okazać niewypłacalnym - pomyślał wierny fan i być może przyszły pożal się Boże tamilista... I dał się współautorce, jejmościance Monice namówić na wznowienie działalności.

Na razie w sieci wisi tylko pojedynczy banner obwieszczający dobrą nowinę. Przed końcem sesji zimowej na szaleństwa nie ma co liczyć, ale już za kilka dni powinno się pojawić coś więcej, choćby ze starych materiałów. Mam nadzieję, że na Nowy Rok ruszy choć jeden dział...

Oto i cudo w nowej szacie graficznej (z której jestem bardzo dumna):

www.vikram.pl

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16