|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Czytywane blogi
Przepisy
Sklepy internetowe
Strony filmowe
Zasoby graficzne
|
sobota, 10 października 2009
Mapa 25. WFF - Afryka & Australia i Ocania
Przepraszam za długą przerwę, mój komputer zwariował i jestem całkowicie odcięta od internetu :( Szybko kontynuuję to, co miałam nadzieję skończy na długo przed otwarciem festiwalu, który już trwa :( Tak naprawdę ta notka powinna byc zatytuowana "białe plamy na mapie 25. WFF", gdyż wspomniane dwa kontynenty reprezentacji nie mają prawie wcale. Z Afryki trafiła do repertuaru jedna europejska koprodukcja: London River – Algieria, Wielka Brytania, Francja Z Australii wprawdzie samodzielny, ale też tylko jeden film (choc warto wspomniec, że reżyser jest Aborygenem): Samson i Dalila – Australia Tu mała uwaga - w moich listach mogą byc nieścisłości, bo zauważyłam, że w innych katalogach czasem wymienia się więcej krajów, niż na liście, z której korzystałam. No cóż, odwieczny problem koprodukcji... :/
poniedziałek, 28 września 2009
Mapa 25. WFF - Ameryki
Kino północnoamerykańskie Tego regionu filmowego świata przeciętny widz jest bez wątpienia najbardziej świadomy. Nawet jeśli luk w wiedzy i stereotypów nie brakuje i tu, to przecież każdy potrafi całkiem sporo o tym kinie powiedzieć. Ale zawsze można więcej : ) Na 25. WFF zobaczyć będzie można 13 produkcji z tego regionu: 500 dni miłości – USA Oraz nieco koprodukcji z krajami z innych zakątków świata, dokładnie 8: Anglik w Nowym Jorku – USA, Wielka Brytania Kino latynoamerykańskie Z jednej strony jest nieźle – można sobie cały festiwal ciasno wypełnić filmami z tego regionu i nie mieć już czasu na inne. Z drugiej – biorąc pod uwagę o jak wielkim kawale świata mówimy – cała Ameryka Południowa i Środkowa oraz Meksyk, czyli jeszcze 1/3 Ameryki Północnej – to jednak mogłoby być tego trochę więcej. Brakuje reprezentacji wielu krajów, choćby Ekwadoru, Chile, Peru, czy Paragwaju, o maleńkich kraikach Ameryki Środkowej, czy wyspach nie wspominając. 5 dni bez Nory – Meksyk
sobota, 26 września 2009
Mapa 25. WFF - Azja
Trzy dni temu ogłoszono w końcu niecierpliwie przeze mnie wyczekiwany program zbliżającego się dużymi krokami 25. Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Skoro i tak przeglądałam go wielokrotnie, notując w pamięci różne czynniki, które mają mi pomóc z grubo ponad 100 filmów wybrać sobie jakieś 5-10, postanowiłam opublikować tu jedno z moich zestawień. Jak można się domyślić po tytule notki, chodzi o podział bogatej oferty festiwalu według klucza geograficzno-kulturowego, który może się moim zdaniem niektórym wydać ciekawy. Zaczynam od Azji, bo kino tego kontynentu interesuje mnie osobiście najbardziej. Może właśnie dlatego uważam, że choć w programie znalazło się wiele pozycji bardzo ciekawych, to jednak ta część świata jest wyraźnie niedoreprezentowana. Najlepiej - można nawet powiedzieć, że zupełnie nieźle - wygląda oferta z krańców kontynentu. Dość mocną reprezentację ma Daleki Wschód: Góra bez drzew – Korea Pd., USA Rozkadając na czynniki pierwsze: mamy 10 samodzielnych produkcji z ważnych i znanych kinomanom pastw - 3 japońskie, 3 chińskie i 4 koreańskie - oraz 4 koprodukcje, w tym mongolską. Zabrakło tylko malutkich państewek, jak Hong Kong, Makau, czy Tajwan, co ostatecznie jestem w stanie przeboleć. Całkiem przyzwoita jaest też oferta dla fanów Bliskiego Wschodu, choć też i nieco więcej jest filmów powstałych przy udziale państw europejskich: Drugi brzeg – Gruzja, Kazachstan Tu niestety dobre wieści się kończą, bo z pozostałych części Azji produkcji jest jak na lekarstwo i to, co pomiędzy samym wschodem, a samym zachodem kontynentu pozostaje w dużej części filmowym terra incognita. Azja Centralna, w której skład wchodzi pięć sporych państw, pochwalić się może na 25. WFF tylko dwoma kazachskimi obrazami, w dodatku oba to koprodukcje: Drugi brzeg – Kazachstan, Gruzja Największym bólem jest dla mnie to, że ani jednego reprezentanta nie ma Azja Południowa. Tym bardziej, że jednak jako tako się orientuję, jak liczna i różnorodna jest tamtejsza produkcja filmowa, już same Indie mogłyby wystawić niejednego kandydata godnego poważnej międzynarodowej imprezy, a przecież jest jeszcze Sri Lanka, Bangladesz, Nepal, Pakistan i Afganistan. No ale widać nie tym razem :( Niewiele lepiej wygląda sprawa Azji Południowo-wschodniej. Nie żebym liczyła na zalew obrazów stamtąd, ale miałam nadzieję na jakiś film tajski, malezyjski, indonezyjski lub wietnamski. Ale nie ma co narzekać, mogło nie być nic, a są dwa filmy i to - co cenne - nakręcone bez partnerów spoza rejonu: Manila – Filipiny Na koniec jeszcze mały aneks, czyli lista fimów, które wprawdzie produkcji azjatyckiej nie są wcale, lecz zrobił je reżyser azjatyckiego pochodzenia, lub azjatami są bohaterowie: Chinka – Wielka Brytania, Niemcy, Francja
wtorek, 22 września 2009
Powrót Jedi (z urlopu)
Sezon ogórkowy się skończył, bez zbędnych wstępów wznawiam więc aktywność i kontynuuję moje wielkie społeczne dzieło recenzowania/opisywania/przynudzania. Filmy jakoś mi w te wakacje nie szły, za to rzuciłam się na książki. Chciałabym napisać porządny opis każdej z osobna, ale raczej nie ma na to szans, więc na bhuvanową modłę zrobię to w skrócie i hurtem. Zadyma w dzikim sadzie – Kiran Desai Taki troszkę leciutki realizm magiczny w wydaniu północnoindyjskim, w zupełnie niezobowiązujący sposób traktujący o problemie oryginalnych jednostek umieszczonych w świecie gotowych, starannie zdefiniowanych kategorii społecznych. Całkiem wdzięczna całość, lecz jak dla mnie średnio udane zakończenie. Trochę jakby autorka doszła do wniosku, że już starczy tego pisania. Ostatecznie utwierdziłam się w przekonaniu, że czytanie powieści o tematyce indyjskiej nie sprawia mi wcale takiej przyjemności, jak można by się spodziewać. Może gdyby akcja działa się na południu… Kuzynki – Andrzej Pilipiuk Zagadka nieśmiertelności w poczciwym, swojskim wydaniu rodzimego autora, który sam sobie ukuł trafne, oczywiście z przymrużeniem oka, miano Wielkiego Grafomana. Pilipiuk serwuje to, w czym jest najlepszy, czyli wdzięczną literaturę kategorii B, która nie rości sobie pretensji do bycia czymkolwiek innym, niż lekka rozrywką, a jednocześnie czuć, że nie pisał tego amator-niedouk. Wykształcenie archeologa potrafi Wielki Grafoman wykorzystać z wielkim wdziękiem i dyskretnie dokształcić czytelnika. Barbarzyńska Europa – Karol Modzelewski Dawno już pojedyncza książka nie poszerzyła tak bardzo moich horyzontów! Nie tylko zdobyłam obszerną i dość szczegółową wiedzę dotyczącą praw i obyczajów ludów barbarzyńskiej (tzn. nie greko-rzymskiej) oraz wczesnośredniowiecznej Europy, ale też natknęłam się na stronach owego dzieła na wiele bodźców, do spojrzenia na liczne kwestie historyczne z zupełnie innej perspektywy i z przyjemnością dałam się przekonać do rozstania z kilkoma stereotypami (np. średniowiecznej nietolerancji). Endymion & Triumf Endymiona – Dan Simmons Druga połowa cyklu Pieśni Hyperiona w porównaniu pierwszymi tomami (Hyperion & Upadek Hyperiona) wypada słabo. Nie przypadła mi do gustu ostateczna filozofia autora, który jednocześnie chce być i nie być mesjanistyczny. Kupiłam tylko jeden nowy koncept zawarty na grubo ponad półtora tysiącu stron, a już zupełnie nie spodobała mi się zmiana interpretacji pewnych wydarzeń z poprzednich książek, aby dopasować je do nowej wizji. Jednak w szerszej perspektywie książki i tak bronią się jako niezła science-fiction/fantasy. Akcja wciągała, czytało się dobrze, a przede wszystkim nie zabrakło bardzo ciekawych i barwnych postaci (moim faworytem był genialny wręcz jezuita, ojciec kapitan Federico de Soya). Po zmierzchu – Haruki Murakami Moje drugie, bardziej od poprzedniego udane spotkanie z popularnym u nas pisarzem z Kraju Kwitnącej Wiśni. Kilka mniej lub bardziej zwykłych wydarzeń, w których bierze udział kilka mniej lub bardziej zwykłych osób, a wszystko podczas jednej, mniej lub bardziej zwykłej nocy w Tokio. Efektowna prostota, subtelnie zahaczająca o kilka ciekawych zagadnień. Dodatkowo wielki plus za to, że choć praktycznie żaden wątek nie został rozwiązany czy zamknięty, całość odbiera się jako kompletną. Nic dodać, nic ująć. Ostatnie dni Inków - Kim MacQuarrie Mała powtórka i uzupełnienie wiedzy z zakresu historii Ameryki Południowej. Krótkie dzieje jednej z największych z utraconych kultur (w momencie wkroczenia Hiszpanów do Peru państwo Tawantinsuyu było bardzo młode – liczyło sobie około stu lat – jednak w jego skład wchodziły znacznie starsze elementy) oraz dość dokładny przebieg jednego z najbardziej bulwersujących i frustrujących aktów destrukcji w historii świata, od pierwszych lat konkwisty, aż po ostateczne stłumienie wielkiego, trwającego całe dziesięciolecia antyhiszpańskiego powstania. Na deser kilka ciekawych informacji o długich poszukiwaniach zaginionej stolicy rebelianckiego państwa – Vilcabamby. Nigdziebądź – Neil Gaiman Zastanawiałam się, czemu właśnie to dzieło jest najbardziej popularną powieścią uwielbianego przeze mnie autora. Po przeczytaniu już wiem. Primo – bardzo proste jak na Gaimana przesłanie dające zamknąć w jednym nie tak znowu odkrywczym zdaniu – życie to nie tylko praca, pub i urodziwa narzeczona. Secundo – niepowtarzalny klimat z pogranicza fantastyki i horroru, wyjątkowo pomysłowo zadzierzgnięty na kanwie… planu londyńskiego metra. Tertio – znak rozpoznawczy Neila, czyli zręczne unikanie banałów i jawnej wtórności. A do tego krótkie i treściwe. Polska Piastów – Paweł Jasienica Przyjemny podręcznik do powtórzenia i uporządkowania podstaw. Do sięgnięcia po to słusznie osławione dzieło zachęciła mnie po pierwsze lektura Barbarzyńskiej Europy, która dała mi nową perspektywę w spojrzeniu na historię naszej części świata, po drugie nie lubię ekspertów od egzotycznych krajów, którzy nie znają własnej historii i mam zamiar dołożyć starań, by takowym nie zostać.
piątek, 31 lipca 2009
Nagłówek
A właściwie - w odniesieniu do drugiego akapitu poprzedniej notki - co się będę czaić, niech będzie oficjalnie! Od dziś do odwołania każdy wpis niech będzie jak lampka ku czci pamięci mistrza minionych dekad. Vikrama już tu nie wstrzymuję, niech lepiej chłopak idzie pilnować terminów swoich premier.
czwartek, 30 lipca 2009
"Bhaga Pirivinai" - Bhimsingh
Oglądając ten film zrobiłam pierwszy krok na nowym terytorium jakim jest kino tamilskie lat ’50. Co prawda formalnie nie ma się czym podniecać, bo terytorium umowne i czysto symboliczne, krok nieśmiały, bo film jest zaledwie z 1959, oraz niewielki, bo mój dotychczasowy najstarszy tamil był z 1962, ale i tak jestem dumna z podboju kolejnej dekady. A także z utrwalenia sobie kilku ważnych imion oraz odkrycia nowych. Główną rolę poczciwego kaleki rewelacyjnie zagrał Sivaji Ganesan, który, jak się pewnie zorientowaliście, jest obecnie nieoficjalnym patronem tego bloga. Poruszył mnie w tym filmie jak chyba jeszcze nigdzie.
Można też w filmie zobaczyć dwóch najbardziej przez mistrza Ganesana cenionych aktorów. Pan M.R.Radha, którego miałam już przyjemność widzieć i zaprezentować (w filmie Bale Pandiya!) z wdziękiem wcielił się w czarny charakter. Po dwóch razach kupuję go w całości i koniecznie muszę się zaopatrzyć w więcej jego występów. Mam nadzieję, że w kupce filmów z Sivajim, które już mam, jeszcze się choć z raz trafi.
Drugim aktorem jest T.S. Balaiyah, z którym było to moje pierwsze spotkanie. Niestety raczej nieskonsumowane, gdyż muszę wyznać, że ku mojej wielkiej frustracji nie udało mi się z całą pewnością ustalić kogo zagrał. Mam swój typ i szukam potwierdzenia, w ostateczności jest szansa, że rozpoznam go w innym filmie. A przynajmniej mam nadzieję. Inną dość popularną personą, która tu wystąpiła jest M.N.Nambiar, którego kojarzę z jednego czy dwóch filmów z bieżącej dekady, gdzie wystąpił jako dziadek, przez co zabawnie wyglądał jako zupełny młodzik. A przy tym całkiem wiarygodnie zagrał nieco dwuznaczną postać chłopaka, który z pozoru jest ucieleśnieniem wszelkich cnót, jednak okazuje się mieć bardzo słaby charakter i łatwo daje sobą manipulować.
Z żeńskiej części obsady zidentyfikowałam tylko główną bohaterkę, co było równie łatwe, jak rozpoznanie Sivaji’ego, gdyż grała ją słynna Saroja Devi. W czerni i bieli prezentowała się wręcz olśniewająco, zdecydowanie lepiej niż w kolorze.
Jej rola nie była może szczególnie oryginalna – ot przykładne dobre dziewczę – ale nie trąciła sztampowością i schematycznością. Poza tym pewnym urozmaiceniem na mapie wątków romantycznych była jej relacja z ukochanym, dla którego była prawdziwym oparciem, a nie tylko ładnym kwiatkiem który ozdabia dom, tudzież kucharką i sprzątaczką.
„Bhaga Pirivinai” jest filmem z nurtu „dramat rodzinny na prowincji” i to całkiem udanym. W pamięci zostawia po sobie dobre wrażenie, nawet jeśli chwilami troszkę się dłużył, a kilka razy twórcy uciekli się do raczej naiwnych rozwiązań i sztucznie wprowadzonych zwrotów akcji. Ma jednak dwie podstawowe zalety. Po pierwsze odwołuje się do podstawowych ludzkich odruchów, przez co emocjonalnie jest łatwy w odbiorze i poruszający, a zarazem – jak to filmy z tego okresu – nie przesłodzony. Po drugie przybliża fragment odległej dla nas rzeczywistości. Tym, co z takim zainteresowaniem obserwowałam w „Bhaga Pirivinai”, jest funkcjonowanie łączonej rodziny zamieszkującej wspólne gospodarstwo. Chyba w żadnym dotychczasowym obrazie nie miałam okazji tak dobrze przyjrzeć się tej kwestii. Zapewne większość z was pamięta z filmów trzy rzeczy. Po pierwsze we wzorcowej indyjskiej rodzinie jest jasno określone, kto jest głową domu, niezależnie od tego, ile osób go zamieszkuje. Po drugie rodzina bardzo niechętnie się dzieli, nawet w sytuacjach, które dla nas wydają się zupełnie naturalne, jak choćby po ślubie dziecka. Po trzecie, co wynika z drugiego, czasem do końca filmu nie udaje nam się zorientować kto kim dla kogo jest w wielkim domu, po którym biega chmara dzieciaków i niewiele mniej dorosłych. Tutaj członków rodziny nie ma wcale wielu, ale też trochę mi zajęło rozgryzienie jej struktury, w dużej mierze przez niejednoznaczne zwroty, jakich używano. Głową domu jest bezdzietny Vaithiyalingam, z którym oprócz żony mieszka jego młodszy brat, Sundaralingam, z własną małżonką i dwójką dorosłych synów. To, że pozycja braci w rodzinie nie jest równorzędna widać choćby po tym, że to Vaithaiyalingam podejmuje decyzje dotyczące ożenku swoich bratanków, a nie ich rodzony ojciec. Zresztą pytany o zdanie, czy choćby potwierdzenie, oburzał się, że nie ma przecież potrzeby pytać, skoro jego starszy brat już się wypowiedział w danej sprawie.
Trzeba swoją drogą przyznać, że gdyby nie zwyczajowe zwierzchnictwo nad rodziną młodszego brata i miłość ze strony jej członków, Vaithiyalingam miałby niewesołe życie. Nie tylko bowiem, jak już napisałam, nie doczekał się własnego potomstwa, ale też nie miał szczęścia do małżonki. Poślubiona mu Adilandam pochodziła z rodziny zamożnej, lecz niestety zepsutej i sama obdarzona była dość paskudnym charakterem. Swoje humory rozładowywała na wszystkich, lecz jej złość w szczególny sposób koncentrowała się na żonie Sundaralingama, Meenakshi, oraz starszym z jej synów, Kannaiyanie.
Meenakshi była sierotą i do domu Vaithalingama przybyła jako służąca. Poślubiając Sundaralingama - nie ma wątpliwości, że z pełnym poparciem jego starszego brata – stała się niejako młodszą siostrą Adilandam, która uważała, że taka kobieta nie jest tego godna. Kannaiyan z kolei zawinił jej tym, że w dzieciństwie miał wypadek, w wyniku którego sparaliżowana została jedna strona jego ciała, Adilandam zaś uważała posiadanie kaleki w rodzinie za poważny dyshonor. To, co do tej pory opisałam jest w filmie tylko opowiedziane i dzieje się przed rozpoczęciem akcji. Jej rozwój napędzają zaś przybycia do domu kolejnych osób. Najpierw Meenakshi zgarnia z ulicy sierotę imieniem Ponni, jak sama twierdzi, do pomocy w domu, po części po prostu z dobrego serca, a po części po to, by Ponni została żoną Kannaiyana, gdyby nie udało się znaleźć innej kandydatki. Tego ostatniego zamiaru nie zdradza jednak nikomu, zwłaszcza samej dziewczynie. Następnie w odwiedziny przyjeżdża dwójka bratanków Adilandam. Amuda jest piękną, lecz podobnie jak jej ciotka zarozumiałą i arogancką dziewczyną, zaś Singaram to urodzony drań zupełnie pozbawiony skrupułów. Do tego wychowani w Singapurze krewni mają najgorszą możliwą wadę, jaką może być obdarzony filmowy niegodziwiec – gardzą tradycyjną indyjską kulturą i rodzinę ciotki z miejsca uznają za bandę prostaków. Aż w końcu, w dość zaawansowanym momencie filmu powraca do domu ze studiów w mieście młodszy syn Sundaralingama i Meenakshi, Mani. Nie będę się już zagłębiała w to, jak rozwija się akcja, gdy wszyscy bohaterowie dramatu znajdą się na scenie, bo i tak podałam sporo szczegółów, a może ktoś to jednak obejrzy. Gdybym mogła coś w filmie poprawić, byłaby to postać Amudy, która odgrywa dość ważną rolę, a jej podejście do świata jest po prostu przedłużeniem usposobień innych bohaterów. Najpierw jest uzupełnieniem brata, potem męża i brak jej własnej tożsamości. Być może błąd ten został skorygowany w późniejszych wersjach, gdyż trzeba wiedzieć, że odniósłszy kasowy sukces „Bhaga pirivinai” doczekał się dwóch remaków. W 1965 powstała wersja bollywoodzka, zatytułowana „Khandan”, w której rolę Sivaji’ego Ganesana zagrał Sunil Dutt, Sarojy Devi – Nargis, a M.R.Radhy – Pran. To ostatnie zastępstwo wydaje mi się szczególnie trafione, gdyż M.R.Radha i Pran to wyjątkowo godni siebie przeciwnicy. Bardzo bym chciała porównać ich możliwości w jakiejś naprawdę wymagającej roli. Następnie w 1977 nakręcono mollywoodzki „Nirakudam”, który byłby pierwszym znanym mi z tytułu przypadkiem migracji scenariusza do Kerali, a nie z niej do innego stanu. Oczywiście wiadomo było, że takie przypadki też muszą być, ale cieszę się, że w końcu mogę podać konkretny przykład i to jeszcze dla tamilskiego pierwowzoru.
poniedziałek, 27 lipca 2009
N x film
Jedną z charakterystycznych cech kina indyjskiego jest to, że jeden film bardzo często można obejrzeć w wielu wersjach. Najlepiej znaną przyczyną tego stanu rzeczy są liczne remaki (funkcjonują one w Indiach w trochę inny sposób niż u nas, jednak tu nie będę sie nad tym rozwodzić, bo za mało mam na koncie materiału, by wyciągać poważniejsze wnioski). Czasem remakuje się stare filmy w obrębie jednej kinematografii, częstszym jednak zjawiskiem jest krążenie scenariusza po różnych ośrodkach filmowych Indii, czyli remakowanie z jednego języka na inny, w różnych odstępach czasu i wprowadzając różne zmiany. Inną popularną praktyką jest kręcenie filmu od razu w kilku wersjach. Najczęściej robi to ten sam reżyser i wersje takie różnią się głównie językiem i obsadą, choć nieraz też tylko jej częścią, poza tym zaś są praktycznie identyczne. Choć często się zdarza, że jedna z wersji trafia do kin nawet dobrych kilka miesięcy wcześniej, obie należy traktować jako oryginalne. To co napisałam powyżej dla fanów kina indyjskiego nie jest żadną nowością, a w każdym razie nie powinno. Trafiłam jednak przypadkowo na jeszcze trzecią możliwość. Otóż jaki ustęp przeczytałam w "The Hindu": "In those days, there was an unhealthy practice in the South Indian movie world of a story being filmed by more than one producer simultaneously in competitive spirit." Dla mniej biegłych w angielskim, w wolnym tłumaczeniu chodzi o to, że wytwórnie miały zwyczaj konkurować ze sobą w ten sposób, że jednocześnie kręciły filmy oparte na tej samej historii. Tekst dotyczył dwóch obrazów powstałych na przełomie lat '40 i '50, nie wiadomo jednak jak długi okres czasu utrzymywał się ten zwyczaj. Oczywiście taki manewr był niemożliwy przy scenariuszach oryginalnych i dotyczyło to w głównej mierze filmów mitologicznych, religijnych, historycznych i ekranizacji literatury. Choć pewnie porównywało się równie wesoło.
piątek, 24 lipca 2009
"Dasavatharam" - K.S.Ravikumar
O tym filmie słyszał chyba każdy, kto w ogóle słyszał o kinie południowoindyjskim, zresztą większość zainteresowanych pewnie go już obejrzała przede mną. Projekt, w którym wybitny aktor Kamal Hassan zagrał 10 różnych ról, budził niemało emocji od pierwszych etapów pre-produkcji, także wśród polskich fanów. Bez wątpienia była to największa premiera 2008 i jak donosi wikipedia „jeden z największych przebojów kasowych w historii kina tamilskiego”.
Niestety, jak to często bywa, okazało się to być wiele hałasu o nic. Film tak całkowicie podporządkowano idei 10 wcieleń Kamala, że niewiele tam czegokolwiek innego, a raczej pełno tam różnych rzeczy nieco zbyt chaotycznie upchniętych. A co jeszcze gorsze, zachłyśnięci oryginalnością swego projektu twórcy niebacznie pozwolili, by w obiecującą całość wkradło się zatrzęsienie elementów, które może tamilskiej publiczności za bardzo nie przeszkadzają, ale od której zachodniemu widzowi prawie na pewno zęby ścierpną (a przecież od początku film był przeznaczony także na „eksport”). Po pierwsze brakuje tu konsekwencji i spójności, wiele fragmentów tak się ma do reszty jak pięść do nosa. Po drugie w zachowaniu głównych bohaterów brakuje przez większość filmu jakiejkolwiek logiki. Po trzecie grana przez Asin heroina jest doskonałym ucieleśnieniem wszystkich najgorszych stereotypów południowej bohaterki jakie powstały w naszym kraju. Wszelkie znane mi co gorsze popisy Trishy, Nayantary czy Ileany nie dorastają jej do pięt. I w końcu po czwarte – i nie ukrywam, że to zdziwiło mnie najbardziej – w filmie możemy podziwiać całą plejadę nieprzeciętnie tandetnych efektów komputerowych. Innymi słowy jest tam wszystko to, co najskuteczniej gra nam na nerwach i przeszkadza się cieszyć nawet najlepszym filmem. Zezłościło mnie to najbardziej z tego powodu, że liczyłam, iż mimo ewentualnych braków w scenariuszu – bo taką ewentualność poważnie brałam pod uwagę, jak chyba każdy – będzie to obraz do polecenia początkującym, tak jak „Anniyan”, żeby pokazać jak barwne i oryginalne rzeczy robi się na świecie. Tymczasem przez wszystkie opisane powyżej wady „Dasavatharam” choć pomysłowe, nie wystawia filmom południowoindyjskim najlepszego świadectwa. Można by pomyśleć, że tamtejsi filmowcy to straszni partacze, a przecież to nieprawda. Zacznijmy jednak od początku. Wbrew moim oczekiwaniom główny zarys scenariusza wcale nie był zły, wręcz przeciwnie, uważam, że miał olbrzymi potencjał. To, że historia zdaje się być dość mocno inspirowana hollywoodzkimi filmami akcji nie przeszkadzało mi w niczym (do dziś nie rozumiem, czemu dla tak wielu ludzi obraz amerykański inspirowany azjatyckim jest uważany za świeży i oryginalny, a azjatycki inspirowany amerykańskim – za wtórną kalkę). Tamilską publiczność pewnie urzekł w dużym stopniu i ten nietypowy dla ich kinematografii temat. Główny bohater (tak, tak, wśród tych dziesięciu jeden był zupełnie główny :P) to biotechnolog pracujący w USA, w finansowanym przez rząd amerykański laboratorium nad zabójczo niebezpiecznym wirusem. Pewnego dnia jest świadkiem, jak jego szef próbuje sprzedać śmiertelny preparat organizacji terrorystycznej, wykrada więc fiolkę i ucieka. Dalszą część filmu zajmuje teoretycznie emocjonujący pościg, przepleciony rozmaitymi pobocznymi epizodami, prowadzący do punktu kulminacyjnego w postaci fali Tsunami z 26. grudnia 2004. Nie jest to spoiler, gdyż sceny ukazujące efekty klęski żywiołowej znajdują się na samiutkim początku filmu, jeszcze zanim zawiąże się akcja. Byłaby to naprawdę świetna historia, gdyby nie wspomniany rój głupot, bezsensownych i niezrozumiałych posunięć bohaterów, pobocznych wątków rozbijających rytm narracji, a nic szczególnego do akcji nie wnoszących oraz bełkotliwa myśl przewodnia. Bo myśl tam jakaś chyba miała być, ale albo ja jej nie zrozumiałam, albo sami twórcy nie do końca sie zdecydowali. Teraz trochę szerzej o kwestii osławionych dziesięciu ról. Mimo mego niezadowolenia, że właśnie one stały się nadrzędnym sensem i celem całego projektu, nie można nie wspomnieć, że Kamal zagrał je świetnie. Naturalnie jedne wypadły mu lepiej, inne gorzej, ale i tak zachwyca wiernym naśladownictwem różnych charakterystycznych manier. Na czym, jak na czym, ale na jego talencie aktorskim zawsze można polegać. Mistrzowska też była charakteryzacja – tu o żadnej fuszerce mowy nie ma. Gdyby był to amerykański film, akurat w tej kategorii miałby spore szanse na Oskara. Niestety, co w sumie już napisałam, był to – wprawdzie zamierzony, ale wcale przez to w moich oczach nie lepszy – przerost formy nad treścią. Zwłaszcza, że sprawa wcale nie jest taka bezprecedensowa jak by się mogła wydawać. Po pierwsze mam poważne wątpliwości, czy rzeczywiście, tak jak głoszą napisy na początku, pierwszy raz w historii kina jeden aktor gra tyle ról w jednym filmie. Podobno rekord ten ustanowił już w 1989 Sathyaraj (muszę w końcu zdobyć tamten film i ostatecznie się przekonać). Jednak nawet jeśli Kamal rzeczywiście był pierwszy, to wcale nie poprawił wyniku w szczególnie spektakularny sposób – poprzednim rekordem było 9 różnych ról zagranych w 1964 w filmie „Navarathiri” przez Sivaji’ego Ganesana. Mniejsze liczby to w kollywood chleb powszedni, nawet gdy wcale nie wymaga tego scenariusz, o czym wie każdy bliżej zaznajomiony, z tamtejszym kinem. Na plus trzeba filmowi policzyć kilka naprawdę mistrzowskich scen, zwłaszcza komediowych. Prym wiedli mister prezident Bush oraz przepocieszny telug z centralnego biura śledczego, obaj oczywiście zagrani przez Kamala. Niestety nie zabrakło też wtrętów topornego i wymuszonego humoru, a szkoda. Co się tyczy muzyki, zgadzam się z tamilskimi recenzentami, że piosenki i ich zobrazowanie były raczej przeciętne. Ani jedno, ani drugie nie zapada w pamięć. Natomiast całkiem niezła jest muzyka ilustracyjna, zwłaszcza na początku filmu. Potem trochę za bardzo idzie w stronę typowych fanfar, ale i tak trzyma poziom. Na koniec chciałam jeszcze na chwilę wrócić do kwestii nieszczęsnych efektów. Jak napisałam, one zdziwiły mnie najbardziej. No bo powiedzcie sami, czy po obejrzeniu pierwszych publikowanych zdjęć z filmu nie miałam podstaw, by oczekiwać, że od strony technicznej film w niczym nie będzie ustępował superprodukcjom z Hameryki? Tymczasem te same sceny w filmie wyglądały zupełnie inaczej… (Nie wklejam przykładów, bo mi sie nie chce, a poza tym dopiero w ruchu naprawdę widać, o co chodzi). Najgorsze było chyba jednak to, że animację komputerową zastosowano nawet tam, gdzie nie była wcale potrzebna. Pewne rzeczy naprawdę lepiej wychodzą przy pomocy rekwizytów, miniatur i prostych tricków optycznych – środki te sprawdzały się przez dziesięciolecia i są nadal powszechnie stosowane, wcale nie z braku pieniędzy. Ostatecznie „Dasavatharam” ma bez wątpienia zaklepaną miejscówkę w galerii kinowych osobliwości, ale ani w mojej pierwszej 10-tce, ani 20-tce nie ma dla niego miejsca, nawet gdyby zrobić zestawienie tylko z obrazów tamilskich nakręconych w bieżącej dekadzie. Na zakończenie chciałam jednak dorzucić jeszcze kilka słów w obronie filmu, gdyż chyba notka wypadła trochę surowsza, niż moja faktyczna opinia. To prawda, że samo w sobie „Dasavatharam” jest średnie i niedopracowane. Jednak koniec końcem nie należy być zbyt ostrym dla dzieł, które starają się być inne. Ostatecznie chyba lepiej jeśli film jest trochę przekombinowany, niż jeśli jest niemiłosiernie wtórny. Przede wszystkim nadzieją napawa mnie jego sukces – choć moim zdaniem nie do końca zasłużony – gdyż jest pewna szansa, że kolejni twórcy komercyjni pokuszą się na poszerzenie repertuaru dostępnych wątków i rozwiązań. Oby tak się stało.
czwartek, 09 lipca 2009
Samurai Champloo
Kiedy człowiek trafi na książkę lub film, które naprawdę go zachwycą, zazwyczaj nabiera ogromnego apetytu na podobne dzieła. Bywa jednak – niestety znacznie rzadziej – zupełnie odwrotnie. Pewne rzeczy, zwłaszcza gdy ma się do nich nieograniczony dostęp, upajają do tego stopnia, że człowiek czuje się po nich przyjemnie nasycony i na jakiś czas zupełnie traci zainteresowanie gatunkiem. Właśnie w taki stan wprowadził mnie opisany już Ergo Proxy. Miałam po nim ochotę na stylowe anime na równie wysokim poziomie, ale o zupełnie odmiennym klimacie i tematyce. I tak oto sięgnęłam po bohatera dzisiejszej notki, wydany u nas popularny serial zrobiony przez to samo studio – czyli w znacznym stopniu przez tę samą ekipę, która uraczyła świat moim cudownym Ergo – a zarazem będący historią „z zupełnie innej beczki”. I choć Samurai Champloo nie zachwycił mnie aż tak dalece, to nie ulega wątpliwości, że jest to prawdziwa perełka. Jest to seria przygodowa okraszona dużą dawką humoru, którą ogląda się dużo lżej niż Ergo Proxy. W znacznej mierze dlatego, że Ergo jest praktycznie cały czas skupione na głównym wątku (choć z początku można odnieść odwrotne wrażenie), który nie dość, że sam w sobie jest raczej ciężki, to jeszcze nierozerwalnie wszyte są w niego bardzo zawiłe rozważania natury moralnej, na które nie da się zamknąć oczu w taki sposób, by w dalszym ciągu widzieć pełnowartościowy film. Tutaj takich rozważań raczej nie znajdziemy, choć nie brak wątków naprawdę niebanalnych, dramatycznych i poruszających. Jest to jednak dramatyzm bardziej przemawiający bezpośrednio do emocji, niż angażujący intelekt. Przede wszystkim jednak Samurai Champloo jest serialem znacznie bardziej zdominowany przez wątki poboczne, a nawet pojedyncze epizody (ściśle główny wątek rozwija się tak naprawdę w 6 z 26 odcinków), widz może więc swobodnie zignorować to, co do niego mniej przemawia. Wypada zaznaczyć, że to, iż jak napisałam, zastosowany tu rodzaj dramatyzmu nie angażuje za bardzo intelektu, a i humor prawdę mówiąc momentami nie jest szczególnie wyszukany, nie oznacza wcale, że seria nie stanowi żadnego wyzwania dla inteligentnego i wykształconego widza. Wręcz przeciwnie. Jak to już wstępnie zakomunikowałam w poprzednich notkach, Samurai Champloo jest naszpikowaną rozmaitymi smaczkami niezwykle ciekawą mieszanką, łączącą elementy tradycyjnej japońskiej kultury ze stylem rozmaitych współczesnych subkultur. Akcja rozgrywa się w Japonii okresu Edo (Tokugawa), mniej więcej sto lat przed restauracją Meiji i otwarciem kraju na kulturę zachodu – dokładnej daty nie sposób ustalić, gdyż dostajemy w tej kwestii wiele sprzecznych wskazówek – jednak już na początku pierwszego odcinka zostajemy ostrzeżeni, że nie jest to rzetelna rekonstrukcja oddająca wiernie realia epoki. Pełno tu historycznych postaci, wydarzeń a przede wszystkim instytucji, ale także zamierzonych anachronizmów oraz czystej fikcji. Wiele elementów to efekt zręcznej stylizacji, zaś przedstawiony świat jako całość jest w dużym stopniu jawną mistyfikacją. Samuraje (bardzo dużo samurajów),
raperzy,
kapłani zen,
dziewczęta odpracowujące w burdelu długi rodziny,
yakuza,
niesubordynowani europejscy dyplomaci,
gangi grafficiarzy,
handlarze żywym towarem,
artyści,
w tym quasi-Andy Warhol podziwiający gangi grafficiarzy,
piraci,
ekscentryczni policjanci (podobnież ten pan był parodią znanego bohatera filmowego),
sfiksowani handlarze,
sadystyczni celnicy,
obłąkani mnisi,
mistrzowie zawodów w jedzeniu,
bejsboliści
i zombie
– to tylko część postaci i wątków, jakie przewijają się przez ekran. Najciekawsi są jednak bez wątpienia główni bohaterowie. Włóczęga Muren i ronin Jin wpadają na siebie przypadkowo w niewielkiej herbaciarni i praktycznie natychmiast rzucają się na siebie, by pojedynkiem na śmierć i życie rozstrzygnąć, który z nich jest lepszy.
Niestety (?) uniemożliwia im to pożar lokalu i aresztowanie przez zarządcę prefektury. Na ich szczęście, po tym jak herbaciarnia spaliła się na popiół, pracująca tam jako kelnerka 15-letnia Fuu zbiera się w sobie, by załatwić pewną sprawę, którą zawsze odkładała na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Pomaga dwóm mistrzom miecza wydostać się z więzienia – a właściwie już z miejsca egzekucji – w zamian muszą jednak odłożyć swój pojedynek i towarzyszyć jej w długiej podróży w roli ochroniarzy.
Jak wyjątkowo trafnie ujął to autor opisu zamieszczonego na okładce DVD „jeśli uda im się nie umrzeć z głodu i nie pozabijać się nawzajem, może nawet coś z tego będzie”. Formalnie za centralną postać należy uznać Fuu, gdyż w końcu to jej podróż stanowi główny trzon całej opowieści. Jednak jak już wspomniałam, wątek ów na większość czasu ginie nam z oczu. Dodatkowe ramy nadające całości jej właściwy kształt stanowi wiszący w powietrzu nierozstrzygnięty pojedynek Mugena i Jina, oraz wątki bezpośrednio z nimi związane. Nikogo chyba nie zdziwi, gdy napiszę, że każdy z nich ma dość barwną przeszłość i po drodze przynajmniej raz będzie musiał stawić jej czoła. Mogę też zdradzić, że dla mnie wątki te były znacznie ciekawsze, niż historia Fuu.
Jednak większości fabuły i tak nie da się przyporządkować jednemu z trzech bohaterów. Lwią część stanowią rewelacyjne samodzielne epizody, w których wszyscy uczestniczą na równi. Każdy z tych epizodów można by bez trudu przerobić na bardzo dobry pełnometrażowy film, najczęściej w konwencji kina samurajskiego (choć tu powinien wypowiedzieć się ktoś bardziej obyty niż ja).
Co się tyczy samych bohaterów, już nieraz dziwiłam się temu, jak animowane postacie potrafią być czasem znacznie głębsze i bardziej autentyczne niż zagrane przez żywych aktorów. Samurai Champloo prezentuje pod tym względem chyba najwyższy możliwy poziom. Trójka głównych bohaterów jest tak kompletna, spójna i konsekwentnie poprowadzona, że o ile zazwyczaj lubię sobie fantazjować, jak mogłaby wyglądać wersja aktorska anime, o tyle tutaj coś takiego po prostu nie wchodzi moim zdaniem w grę. Do tego głosy postaci dobrano z niewiarygodną wprost perfekcją. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się dokonać takiej obserwacji – jeszcze nigdy nie spotkałam się z głosami tak idealnie oddającymi osobowość bohaterów, jak głosy Mugena i Jina.
Na marginesie wspomnę, że były to osobowości niemal całkowicie sobie przeciwne, jak przysłowiowy ogień i woda, a zarazem mieli sporo wspólnego. Np. obaj byli całkowicie aspołeczni. W przypadku Mugena widać już na pierwszy rzut oka, że to wyrzutek mający prawie wszystkie normy w głębokim poważaniu i że można mu ufać mniej więcej w tym samym stopniu, co przystawionemu do skroni rewolwerowi z połową magazynka. Jin był dużo bardziej przewidywalny i w znacznym stopniu można było na nim polegać – w końcu kierował się honorem, a honor jednak każe robić wiele całkiem pożytecznych rzeczy – jednocześnie jednak był to typ człowieka, z którym możesz przebywać praktycznie cały czas i po kilku tygodniach uświadomić sobie nagle ze zdumieniem, że w ogóle nie wiesz kim jest, co myśli i że prawdopodobnie w ogóle go nie obchodzisz.
Dodatkowo ujęło mnie to, że wspaniale poprowadzono wzajemne relacje głównych bohaterów. Jest to zresztą nierozerwalny element owej urzekająco pełnej osobowości, bo w końcu ta kształtuje się i realizuje, a zarazem ujawnia widzowi tylko w konfrontacjach z innymi. Po tym wszystkim, co już napisałam, nie muszę chyba jakoś szczególnie podkreślać tego, że w filmie możemy podziwiać wyjątkowo interesujący trójkąt. Interesujący po pierwsze przez to, że twórcy zręcznie nie pozwalają relacjom głównych bohaterów otwarcie pójść w kierunku romansowym, a zarazem nie eliminują tego typu motywów, pozwalając atmosferze naturalnie się zagęszczać. Po drugie z wielkim wyczuciem oddano tu, jak płynna i nieuchwytna jest granica między uczuciami romantycznymi, a innymi rodzajami więzi. Jak dotąd skupiłam się na pozytywach. Do listy należy jeszcze dopisać świetną muzykę (którą już prezentowałam) oraz bardzo przyjemną kreskę – jaka jest każdy widzi. Były jednak i rzeczy, które nie za bardzo przypadły mi do gustu, choć było ich stosunkowo mało. Po pierwsze niektóre odcinki nie podobały mi się w ogóle. Ale to kwestia gustu, mogę ich po prostu więcej nie oglądać. Po drugie niestety jakoś nie leży mi zakończenie. I nie chodzi mi o cały finał, któremu pewne nielogiczności wybacza się bez trudu w imię mistrzowsko nabudowanego dramatyzmu, ale o samo ścisłe zakończenie, absolutnie ostatnią scenę, która czyni dla mnie całość niepełną. Nie otwartą, tylko po prostu niepełną. Z jednej strony doceniam, że twórcy wyraźnie starali się uniknąć banału. Z drugiej, nie udało im się wymyślić nic w zamian. Dla mnie ostatnia scena była jak otwarcie drzwiczek piekarnika, przez co wypiek rosnący jak marzenie klapnął smętnie. Chwilę wcześniej zjadałam palce z emocji, a gdy zaczęły lecieć napisy końcowe jedyne co przyszło mi do głowy, to rozczarowane „no i co?”. Jak widać lista zalet jest jednak znacznie dłuższa, a i argumenty tam mocniejsze. I wszystko się zgadza, gdyż koniec końcem Samurai Champloo jako całość pozostawia po sobie bardzo dobre wrażenie. Jest to świetna rozrywka, momentami zupełnie niezobowiązująca, momentami bardzo angażująca emocjonalnie i którą polecam każdemu. Szczególnie zachęcam do sięgnięcia po serial osoby interesujące się kulturą i historią Japonii – choć ci pewnie tej zachęty nie potrzebują – oraz obserwatorów kulturowych mieszanek. Tych zaś, którzy nie są zbyt w temacie przestrzegam tylko raz jeszcze, by weryfikowali wszystkie napotkane podczas seansu fakty, gdyż Samurai Champloo może być bardzo zdradliwym źródłem informacji.
piątek, 03 lipca 2009
"Talapathi" - Mani Ratnam
Jako że sezon ogrodowy w pełni, nie bardzo chce mi się cokolwiek oglądać, poza pojedynczymi odcinkami seriali anime (których mam raptem trzy – seriali oczywiście, a nie odcinków). Powracam więc do sprawdzonej procedury pisania o filmach, które widziałam jakiś czas temu i mam o nich wyrobione zdanie. „Talapathi” jest właśnie takim filmem. Widziałam go już ponad rok temu, jednak zrobił na mnie wrażenie tak duże, że pamiętam go lepiej, niż większość filmów obejrzanych w zeszłym miesiącu. Jednocześnie jednak, przez to, że poruszył mnie w szczególny sposób i jest dla mnie osobiście bardzo wyjątkowym filmem, trudno mi było do tej pory siąść i napisać jego recenzję. W końcu jednak dobre rzeczy trzeba promować, czas więc się przemóc. Głównym atutem obrazu jest bardzo intensywny i prosty w sumie przekaz emocjonalny (nie należy mylić z prostotą fabuły). Poza jednym czarnym charakterem, który zresztą przez większość filmu pozostaje na dalszym planie i można w ogóle zapomnieć o jego istnieniu, wszyscy bohaterowie są postaciami bardzo szlachetnymi. W ostatecznym rozrachunku dla każdego z nich nadrzędnymi wartościami okażą się sprawiedliwość i lojalność i będą się kierować tym, co komu są powinni z tytułu różnych relacji. Praktycznie cała akcja i dramatyzm filmu opiera się tu na tym, że albo owe relacje są nieuświadomione, albo powinności sprzeczne. Innymi słowy w zasadzie wszystko, co złe, wynika z okoliczności. Co ciekawe, to, że bohaterowie są do granic racjonalności jednoznaczni moralnie, wcale nie czyni ich jednowymiarowymi. Wręcz przeciwnie, możemy tu podziwiać całą plejadę pełnokrwistych i niezwykle żywych postaci, a że jest to film Maniego Ratnama, za postaciami tymi stoją praktycznie sami warci zapamiętania aktorzy. Centralnego bohatera, Suryę, zagrał Rajinikanth i jest to jedna z najlepszych kreacji w jego długiej karierze. Dla wielu polskich widzów gwiazdor ten jest wciąż niezrozumiałym, działającym na nerwy kuriozum, tarzającym się w chwale a nic szczególnego sobą nie reprezentującym. Nawet jako wielka fanka nie będę ukrywać, że są ku takiej opinii powody. Tymczasem Talapathi to świetna okazja by poznać Rajiniego z nieco innej strony – jako naprawdę rewelacyjnego aktora. Mimo iż jego bohater zasadniczo spełnia wszelkie komercyjne wymogi – z nizin, ale dumny, mocarny, prawy, nieco porywczy, skory do rękoczynów i nieraz brutalny, a jednocześnie wrażliwy na krzywdę dziejącą się słabszym i zawsze skory do pomocy itp. – a sam Rajini grając tę rolę miał już bardzo mocną pozycję od mniej więcej dziesięciu lat, nie ma tam śladu po jego gwiazdorskiej manierze. Zagrał człowieka silnego i charyzmatycznego, ale człowieka, z całym bagażem emocjonalnym, a nie pomnikowego herosa. Jestem też pełna podziwu jak zręcznie udźwignął liczne sceny ocierające się niebezpiecznie o tanią ckliwość – najmniejsze potknięcie i nie nadawałyby się do oglądania. Krótko mówiąc, był bardzo przekonujący.
Drugim bardzo ważnym bohaterem jest lokalny don, Devaraj, w którego wcielił się keralski superstar Mammootty. Z początku filmu wydawało się, że to on będzie czarnym charakterem, jednak nagle i jak dla mnie dość niespodziewanie konflikt miedzy nim a Suryą okazuje się być przysłowiowym już początkiem pięknej przyjaźni. Niestety przyjaźni (którą w zasadzie można spokojnie nazwać ślepą miłością) otwarcie kolidującej z więzami krwi, co prowadzi niepowstrzymanie do bardzo dramatycznej decyzji. Całościowo Mammootty wypadł tu ciut słabiej od Rajiniego, a w każdym razie mi momentami wydał się mniej naturalny - podkreślam dość dużą obiektywność tego osądu, bo Rajiniego polubiłam dopiero po Talapathim i właśnie przez tę rolę. Jednak i tak Mamut wywalczył dla siebie sporo mojej uwagi i bez jego silnej kreacji film z całą pewnością wiele by utracił. Żaden jego fan nie powinien być rozczarowany ani wagą jego roli, ani ofiarowanej mu przestrzeni ekranowej, a kto jeszcze jego fanem nie jest, ma szansę nim zostać.
Kolejną wielką gwiazdą jest świętej pamięci Srividya, która wcieliła się w rolę bardzo ważnej, właściwie kluczowej postaci Kalyani, matki Suryi. Aktorkę tę można było zobaczyć i w naszym kraju, jako matkę Aishwaryi i Tabu w „Kandukondain Kandukondain”, a i na tym blogu gościła już kilka razy. Nie widziałam niestety jeszcze żadnego filmu z jej młodzieńczego, heroinowego okresu, ale wszystkie role na jakie na razie trafiłam, były postaciami bardzo wyraźnymi i istotnymi. Nic dziwnego, w końcu w dyskusji o braku ciekawych ról kobiecych we współczesnym kollywoodzie jako argument za wyższością minionych dekad podaje się zazwyczaj właśnie Srividyę i jej intensywne dojrzalsze kreacje. A warto zaznaczyć, że i w jej karierze rola z Talapathiego należy do najwyżej cenionych.
W dalszej kolejności mamy ukochaną głównego bohatera, graną przez uwielbianą przeze mnie Shobanę. Z jednej strony jej postać też nie wykracza jakoś szczególnie poza kanon – piękna i delikatna bramineczka, momentami aż zbyt pokorna. Z drugiej jednak była niezwykle autentyczna i namacalna, może właśnie dzięki tej nieco irytującej pokorze. Poza tym, głównie dzięki scenariuszowi, Shobana nie jest tu kwiatkiem, którego miejsce od początku jest oczywiste. Losy bohaterów układają się różnie i jej relacje z ukochanym też przebiegają w sposób nietrywialny.
Najsłabszym elementem filmu był dla mnie znany w Polsce z filmu Sapnay Aravind Swamy, który wystąpił – a chyba nawet i zadebiutował – jako brat i zarazem przeciwnik Suryi, Arjun. Naprawdę nie rozumiem, co reżyser taki jak Mani Ratman widział w takim nieciekawym i mdłym stworzeniu i dlaczego 4 lata później zatrudnił go znowu – zamiast Vikrama! – do głównej roli w Bombaju. W Talapathim Aravind przepadł zupełnie wśród innych postaci, choć jego bohater miał być z założenia personą równie silną, co Surya.
Przez niego też na sile stracił zaczerpnięty z Mahabharaty wspaniały wątek ostrego konfliktu między braćmi nieświadomymi swojego pokrewieństwa. Na szczęście inne relacje wystarczają i tak aż nadto, by utrzymać wysoki poziom i wzruszyć widza. Była jeszcze dwójka bardzo ciekawych i dość istotnych postaci, granych przez niezidentyfikowanych przeze mnie aktorów. Niezwykle pozytywny i do rany przyłóż mąż Kalyani
oraz Patna, wdowa po człowieku zabitym przez Suryę. Wydaje mi się, że to tollywoodzka aktorka, ale ręki sobie uciąć nie dam:
Last but not least wspomniany już czarny charakter, czyli niezawodny Amrish Puri. To, że jak napisałam można było zapomnieć o jego obecności, wynikało tylko i wyłącznie z rytmu narracji, a w żadnej mierze ze słabości kreacji. Amrishowy niegodziwiec był wyrazisty jak zawsze i mimo, że niewiele go było widać, robił wrażenie. Co ciekawe, choć twórcy filmu nie marnowali czasu na przekonywanie widza, że to właśnie jest villain – zazwyczaj pokazuje się jakieś niecne czyny – nie ma wątpliwości, że to antypatyczny typ. Amrish jest zły bo jest i koniec. Taki efekt łatwo osiągnąć w literaturze dla dzieci, ale dość trudno w filmie – stąd moje wyrazy uznania.
Na koniec mam niestety złe wieści – jakość techniczna woła o pomstę do nieba. Przy czym chodzi mi o stan kopii, bo rzeczy takie jak praca kamery są na wysokim poziomie. Jest to film z początku lat ’90, a zmaltretowany tak, jakby pochodził co najmniej z ’40 i przetrwał wojnę. Najbardziej rzuca się w oczy nierównomierna jasność i kolorystyka – spora część filmu sprawia wrażenie, jakby nakręcono go w środku nocy. Pamiętam, że w jednej scenie zupełnie zniknął dźwięk. Mimo to, uważam, że warto się na ten dyskomfort narazić i z Talapathim się zapoznać, bo to naprawdę rewelacyjny film. Jak na razie zdecydowanie mój ulubiony obraz Maniego Ratmana – a to już chyba coś znaczy. |